środa, 29 maja 2013

Rozdział 25

3 komentarze:
- I tak właśnie wygrałam zakład – tym samym zyskując o jedną czapkę więcej do kolekcji.
- Hahahaha, naprawdę? Sprytnie!
Od dobrej godziny Patrycja siedziała przy mnie i wsłuchiwała się w moje opowieści. Widziałam na jej twarzy skupienie. Nie błądziła gdzieś myślami, nie szukała w pamięci czegoś, o czym miała pamiętać, a teraz zapomniała. Wręcz przeciwnie. Patrząc na nią, miałam wrażenie, że nie słyszy nic, oprócz mnie.
- …nieźle to wykombinowałaś. Jednak mężczyźni nie zawsze muszą wygrywać – powiedziała z szerokim uśmiechem.
- Emm, tak dokładnie – odpowiedziałam udając, że słucham od początku.
Skarciłam się w duchu, że nie dotarło do mnie wszystko, co mówiła.
- O! – powiedziała, zerkając na czarny zegarek na swym lewym nadgarstku – Zasiedziałam się – wstała i uśmiechnęła się do mnie – Pewnie zaraz ktoś przyjdzie, więc…
Dziewczyna odwróciła się i stanęła oko w oko z Max'em, który razem z resztą przyjaciół przyszedł mnie odwiedzić. Zapadła chwila niezręcznej ciszy, która jakoś tak dziwnie się przedłużała…
- Khmm – chrząknął Nath – Max. Czy twoje resztki grzeczności nie podpowiedziały ci czasem, żeby przepuścić tę panią?
- Emm… Tak, tak. Przepraszam – powiedział zmieszany – Proszę – uśmiechnął się i przepuścił Patrycję.
Dziewczyna zarumieniła się i spojrzała na mnie.
- To… wpadnę jutro – uśmiechnęła się i wyszła.
Chłopcy spojrzeli na nią, później na mnie.
- Kto to?
- Nowa znajoma?
- Ma chłopaka? – zapytał Tom z miną, która mówiła wszystko.
- Hej! Spokój – śmiałam się – To Patrycja. Jest tu na praktykach, poznałyśmy się dziś.
- Jak się czujesz? – zapytał Jay przedzierając się przez chłopaków.
Na jego widok uśmiechnęłam się.
- Dużo lepiej – odpowiedziałam szczęśliwa.

                 Ten i kolejny dzień spędziłam w szpitalu. Patrycja zostawiła mi swój numer telefonu i powiedziała, żebym się odezwała, gdy wypuszczą mnie do domu. Obiecałam, że to zrobię. Naprawdę nie chciałam tak kończyć tej znajomości. Chłopcy przesiadywali u mnie godzinami, często robiąc na złość pielęgniarkom. Jeśli chodzi o mnie, to czułam się coraz lepiej. Nabrałam więcej pewności siebie i postanowiłam zapomnieć o rodzicach, nawet jeśli to nie oni odwiedzili mnie tamtego dnia. Przestałam się bać.

                 Po wyjściu ze szpitala na umówiony tydzień zamieszkałam z chłopakami. Ani do głowy mi nie przyszło, że mogłabym się z nimi nudzić. Któregoś dnia naszła mnie ochota, by spotkać się z Patrycją. Jako, że ja nie mogłam ruszać się z domu nawet na krok, dziewczyna postanowiła mnie odwiedzić. SMS-em wysłałam jej adres i ze zniecierpliwieniem oczekiwałam na dźwięk dzwonka, a gdy wreszcie go usłyszałam, mało się nie zabiłam schodząc o kulach po schodach.
- Co to za huk? – zapytał Max podchodząc do drzwi.
- Max! – chłopak spojrzał na mnie z lekkim niepokojem, lecz widząc uśmiech na mojej twarzy uspokoił się – To tylko ja – wyszczerzyłam się – A ten dzwonek to… Patrycja.
Chłopak jeszcze raz poparzył na mnie, lecz tym razem z błyskiem w oku i szybko otworzył drzwi.
Na jego widok dziewczyna zamarła, lecz po chwili uśmiechnęła się delikatnie. Z mojego – leżącego – punktu widzenia wyglądało to co najmniej dziwnie, mało tego. Żadne z nich nie miało zamiaru się ruszyć. Dobrze, że reszty „Cudownej Piątki” nie było w domu, bo pewnie zaraz by się zbiegli. Wpadli na wspaniały pomysł zrobienia zakupów, więc zgadali się i pojechali. Wracając do aktualnej sytuacji – JA leżąca u progu schodów z nogami wyciągniętymi prawie na ścianę i ONI stojący bez ruchu i wpatrujący się w siebie. Niezbyt podobała mi się ta sytuacja, poza tym coś zaczęło mnie gnieść.
- Khmm!!
Max i Patrycja wyrwani z transu spojrzeli na mnie, jak na wariatkę.
- Przepraszam was bardzo, ale stopa zaczęła mnie boleć i… mógłby mi ktoś pomóc wstać? – zapytałam z lekką ironią.
- Emm, tak. Wybacz – powiedział chłopak z zakłopotaniem.
Pomógł mi stanąć na nogi, po czym podał mi kule.
- Cieszę się, że przyszłaś – powiedziałam uśmiechając się do gościa – Pójdziemy na górę?
- Jasne. Dasz radę wyjść sama? Bo po tym jak tu leżałaś mam wątpliwości – odpowiedziała żartobliwie.
Razem z Max'em zaczęliśmy się śmiać.
- Dam radę, nie martw się – uśmiechnęłam się.
- Może… - zaczął chłopak, lecz po jego minie widać było, że sam nie wie, co chce powiedzieć – Może zrobię wam herbatę? – dodał po chwili namysłu.
- O! Max, będę wdzięczna – powiedziałam i razem z Patrycją udałyśmy się na górę.

- Co tu tak cicho… Reszty nie ma?
- Pojechali na zakupy. Wiesz… Cieszę się, że przyszłaś – powiedziałam lekko dysząc .
- Chodzenie po schodach w takim stanie rzeczywiście jest męczące – uśmiechnęła się delikatnie.
- Niestety tak – wzięłam głęboki wdech – Mieszkasz niedaleko?
- Trzy ulice stąd. To blisko. I wiedz, że przyjdę zawsze, kiedy napiszesz – dziewczyna spojrzała na mnie poważnie.
- Dziękuję. Kiedy już dojdę do siebie, też możesz na mnie liczyć.
Dziewczyna roześmiała się.
Nagle usłyszałyśmy szmer. Spojrzałyśmy po sobie, a następnie nasz wzrok spoczął na poruszającej się klamce.
- To pewnie Max – zaśmiałam się.
Chwyciłam kule, by pomóc chłopakowi otworzyć drzwi, lecz Patrycja mnie zatrzymała.
- Ja otworzę – powiedziała.
Wpuściła Maxa do środka. Zaczynały mnie nachodzić pewne podejrzenia, lecz na razie nie chciałam ich wypowiadać, nawet w myślach. To, co po chwili się wydarzyło, działo się trochę chaotycznie, lecz w jakiś sposób to opiszę. A więc tak: Patrycja otworzyła drzwi, po czym Max – skupiając swój wzrok na tacce z kubkami gorącej herbaty – ostrożnie wszedł do pokoju. Dziewczyna nie zauważyła jego ograniczonej podzielności uwagi i gdy chciała mu pomóc, niechcący trąciła go łokciem. Skutkiem był przerażony Max, Patrycja oblana herbatą oraz ja – ledwo powstrzymująca się od śmiechu. Chłopak z ogromnym zażenowaniem zaczął przepraszać swoją ofiarę, po czym ona uspokajała go, że nic się nie stało i pewnie ciągnęło by się to w nieskończoność, gdyby nie trzask drzwi wszech obecnie oznajmiający powrót chłopaków. Max oprzytomniał i poszedł z Patrycją do łazienki. Cała sytuacja nieco mnie rozbawiła; siedziałam sama na łóżku i śmiałam się patrząc na tacę i rozlaną herbatę na podłodze.
- Hej! Co tu się… stało – zapytał Jay wpadając do pokoju.
Uśmiechnęłam się na widok jego poczochranych włosów i błyszczących niebieskich oczu.
- Mały wypadek przy pracy.
- Mamy gościa…? – powiedział nadstawiając uszu.
Z łazienki dobiegały strzępki rozmowy między Max'em i Patrycją.
- Max ma dziewczynę? – Jay zrobił wielkie oczy.
- Cii! – upomniałam go – nie ma. Patrycja przyszła mnie odwiedzić, ale wydaje mi się, że dużo lepiej rozmawia jej się z Max'em – uśmiechnęłam się porozumiewawczo.
Loczek wzruszył ramionami i usiadł obok mnie. Siedział przez chwilę w milczeniu, jakby się nad czymś zastanawiał, lecz po chwili przerwał tę ciszę – Gdy już ściągną ci to cholerstwo ze stopy, pójdziemy na dłuuugi spacer – spojrzałam na niego – wiesz, musimy pogadać – uśmiechnął się.
Nie lubię, gdy ktoś tak do mnie mówi. Wtedy nie wiem czy się bać – czy cieszyć. Westchnęłam głośno.
- Na przyszłość Jay – zaczęłam, opierając dłoń na jego ramieniu – nie mów mi takich rzeczy, bo później nie mogę usiedzieć na miejscu! – śmiałam się.
Brunet spojrzał na mnie rozmarzonym wzrokiem. Zarumieniłam się.
- Wiesz… Chciałabym cię przeprosić – Loczek spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy – Nie mam na myśli tego zamieszania z rodzicami, tylko…
- …Sytuacja na cmentarzu? Ania, ja o tym nie pamiętam. Nie myślę o tym.
- Ale…
- Rozumiem cię. Domyślałem się, jak się wtedy czujesz. Nie mógłbym mieć ci tego za złe.
Patrzyłam na niego, jak na kogoś, kto nie może być realny – jest tylko marzeniem, zjawą. Nie myślałam, że on będzie myślał w ten sposób.
- Czemu… czemu tak patrzysz…?
Uśmiechnęłam się jakby do siebie i przytuliłam go.
- Dziękuję – wyszeptałam.
- Za co…
- Że jesteś!
- To ja dziękuję, że pojawiłaś się w moim życiu.
- No spójrz Nath. Jacy oni słodcy – powiedział Tom stając w drzwiach.
- No tak… Nawet bardzo. Ale nadal nie wiemy kto od ponad pół godziny blokuje nam łazienkę – westchnął Nath.
Odsunęliśmy się od siebie i rzuciliśmy im gniewne spojrzenia, lecz po chwili dotarło do nas, że mają rację, co do łazienki. Było to nieco podejrzane.
- Jeszcze nie wyszli? – zapytałam lekko zdziwiona.
- Czekaj, wróć – wtrącił się Sykes – ONI?
Uświadomiłam sobie, że teraz należą im się jakieś wyjaśnienia. Wzięłam głęboki wdech i ze świstem wypuściłam powietrze z płuc, drapiąc się po czole.
- Więc… Postanowiłam zaprosić Patrycję, bo długo się nie widziałyśmy, a… no polubiłam ją. I tak wyszło, że Max przypadkiem wylał na nią herbatę.
- Teraz przynajmniej wie z kim ma do czynienia – powiedział ze śmiechem przybyły Seev.
- Ale to nie zmienia faktu, że ŁAZIENKA JEST WCIĄŻ ZAJĘTA! – bulwersował się Nath.
- Masz jeszcze jedną, na dole – przypomniał Jay.
Dziewiętnastolatek rzucił mu wrogie spojrzenie. Moim zdaniem, bardziej zżerała go ciekawość, co oni tak długo tam robią, niż jakiekolwiek inne sprawy.
- Ekhem! Żyjecie tam? – zapytał zniecierpliwiony Tom pukając do drzwi łazienki.
Rozmowa wewnątrz niej ucichła. Sama byłam ciekawa, jak to wszystko się potoczy, wiec sięgnęłam po kule i dokuśtykałam do nich. Po chwili drzwi otworzyły się, a zza nich wyjrzał zadowolony Max.
- Potrzebujecie czegoś? – zapytał niewinnie.
W chłopakach aż się gotowało. Ze skrzyżowanymi rękoma na piersi spojrzeli na niego spode łba.
- Nie jesteś tu sam. Mieszkamy RAZEM, więc mamy prawo wiedzieć, co robisz w NASZEJ WSPÓLNEJ łazience.
- W dodatku z kimś.
W tym momencie sama zaczęłam się zastanawiać, co ich tak długo zatrzymało. Twarz Georga zalał lekki rumieniec.
- My… no… tak jakoś… - plątał się.
W pewnej chwili drzwi uchyliły się szerzej, a obok Max'a stanęła Patrycja. Spojrzeliśmy na nią, wyczekując odpowiedzi.
- O… Tak długo nas nie było…? – zapytała nieśmiało.
- My… - Max ponownie zaczął się tłumaczyć.
Dziewczyna zerknęła na niego i zrozumiała, że stojący obok niej chłopak niczego nie wymyśli, więc postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
- Max przypadkiem oblał mnie herbatą – po części to także moja wina – i uparł się, że choć trochę zmyje plamę z mojej bluzki i zaczął tworzyć jakieś mikstury z płynów do prania. Tak wyszło, że zaczęliśmy opowiadać sobie różne historie i… zagadaliśmy się po prostu.
- Dokładnie to chciałem powiedzieć – skwitował zmieszany łysolek.
Patrzyłam na Patrycję spojrzeniem pełnym dumy. To nie takie proste, jak się wydaje – sensownie wytłumaczyć się przed tymi nieco szalonymi chłopakami i to w taki sposób, żeby nie zadawali żadnych dodatkowych pytań.
- Przepraszam was.
Czterech, wcześniej lekko podenerwowanych, przystojniaków nagle opuściła złość.
- Em, to zrozumiałe – odezwał się mulat – Przepraszamy za tę gwałtowność – uśmiechnął się.
- Nie ma sprawy – odpowiedziała – ale ja będę musiała się zbierać. Zasiedziałam się.
- Odprowadzę cię – zaproponował Max.
- Przepraszam, że nie zdążyłyśmy pogadać – powiedziała do mnie.
- Nic się nie stało. Umówimy się, jak będę w pełni sprawna – posłałam jej ciepły uśmiech.
Dziewczyna odwzajemniła gest, pożegnała się z nami i razem z uśmiechniętym od ucha do ucha Max'em ruszyła do drzwi.

__________
Przepraszam za długą przerwę, nie planowałam tego :/ Wypadła mi pewna prezentacja i musiałam nad nią ślęczeć -.-. Ale obiecuję szczerą poprawę. Dziękuję za komentarze i tak ogromną ilość wyświetleń *o*. Przynajmniej wiem, że ktoś to czyta ^^. Dziękuję także, że zostawiacie linki do swoich opowiadań. Staram się je czytać w wolnych chwilach. Są one świetne! Wybaczcie, że nie mam kiedy ich komentować :/.


♥♥♥ 

środa, 15 maja 2013

Rozdział 24

7 komentarzy:
                 Niechętnie pokiwałam głową. Chłopak podniósł mnie i posadził na ławce. Następnie przykucną i spojrzał na moją stopę, z której skapywały kropelki krwistej cieczy. Na jego twarzy malował się strach. Czułam się tak okropnie głupio. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
- Musimy jechać do szpitala – powiedział patrząc na mnie z troską.
Spojrzałam na niego błagalnie. Ostatnim miejscem, gdzie chciałam teraz pojechać, był szpital. Przywoływał on zbyt dużo wspomnień…
- Nie ma innego wyjścia. Wezmę cię na ręce i zaniosę do samochodu.
Zrezygnowana spuściłam wzrok. Chłopak delikatnie wsunął prawą rękę pod moje kolana, a drugą objął w talii. Podniósł mnie ostrożnie i spojrzał mi w oczy.
- Będzie dobrze – wyszeptał i chciał musnąć moje usta, lecz ja wtuliłam się w jego ramię.
Nie zasługiwałam na jego pomoc. Ani trochę. Gdybym użyła tego, co mam pod czaszką nic bym sobie nie zrobiła i teraz cała i zdrowa siedziałabym w moim pokoju!! Czułam się dla niego ciężarem. Przez głowę przeszła mi nawet myśl, by wyjechać stąd i dać mu spokój; uwolnić go od problemu, którym czasami się stawałam. Lecz natychmiast to odrzucałam. Nie potrafiłabym od tak zniknąć.
Kiedy doszliśmy do samochodu, Jay posadził mnie z przodu na miejscu pasażera, a sam podbiegł do Seev’a, który zjawił się nie wiadomo skąd. Po chwili chłopak wrócił i udaliśmy się do szpitala. Na miejscu chłopak ponownie wziął mnie na ręce i weszliśmy do środka. Na nasz widok zbiegło się kilka pielęgniarek, które w sekundzie usadowiły mnie na wózku i zabrały do jakiegoś pomieszczenia. W ostatniej chwili zdążyłam spojrzeć na Loczka ze strachem, tym samym błagając, by mnie nie zostawiał. Byłam sama. Wszyscy gdzieś się ulotnili. To działo sie trochę zbyt szybko. Wzrokiem pochłaniałam białe, zimne ściany pokoju, gdy nagle drzwi uchyliły się i ujrzałam lekarza w asyście dwóch pielęgniarek, który przeglądał jakieś papiery. Kiedy zorientował się, że ma pacjentkę, podniósł głowę i spojrzał na mnie.
- Dzień dobry. Z jaką dolegliwością pani… Czemu nikt mi nie powiedział, że ona jest ranna?! – krzyknął patrząc na powiększającą się na podłodze kałużę krwi – Proszę ułożyć pacjentkę na kozetkę, szybko!
Pielęgniarki obudziły się i sprawnie wykonały polecenie lekarza. Resztę wydarzeń obserwowałam przez stopniowo zagęszczającą się mgłę, aż w końcu całkiem straciłam świadomość.

                 Przekręciłam głowę i zmrużyłam oczy. Powoli przyzwyczajałam się do aktualnie przyjętej pozycji. Leżałam. W lewej ręce tkwił wenflon. Prawą dłonią dotknęłam twarzy i przetarłam oczy, po czym powoli je otworzyłam. Cztery białe ściany i ja sama… Chociaż, nie. Za szklanymi drzwiami nerwowo krążyła grupka chłopaków. Delikatnie, podpierając się na łokciach, podniosłam się i spojrzałam na lewą stopę. Owinięta była masą bandaży, za to prawa zaledwie jednym.
- No tak – mruknęłam przywołując wspomnienia.
Ponownie spadło na mnie to poczucie winy… Wtuliłam głowę w poduszkę i starałam się nie rozpłakać. W kółko analizowałam moje zachowanie, za każdym razem dochodząc do jednego wniosku - postąpiłam nieco jak egoistka. Nie myślałam o tym, że pociągnę za sobą takie konsekwencje. Nie myślałam o niczym.
Powoli przekręciłam się na lewy bok. Ktoś na korytarzu zauważył mój ruch i natychmiast przylgnął do drzwi. Spojrzałam w jego kierunku i rozpoznałam Sivę. Chłopak uśmiechnął się ciepło, a do sali weszła pielęgniarka dając mu znak, żeby zaczekał. Mulat odsunął się.
- Dzień dobry – uśmiechnęła się – Jak się pani czuje?
- Emm… bywało lepiej – odpowiedziałam podnosząc się.
Kobieta sprawdziła wszystkie parametry na monitorze stojącym obok mojego łóżka, zmieniła kroplówkę i wyszła, wpuszczając piątkę chłopaków. Gdyby nie moja bezmyślność, nie byłoby ich tutaj. Mimo to, cieszyłam się, że jest taki ktoś, kto się o mnie choć trochę martwi.
- Jak się czujesz? – Max powtórzył pytanie pielęgniarki.
- Dobrze – odpowiedziałam lekko się uśmiechając.
- Na pewno…? – dociekał Seev.
Nerwowo skubałam kant kolorowej kołdry, którą byłam przykryta.
- Chłopaki… Przepraszam was za moje zachowanie – powiedziałam po chwili namysłu – Nie powinnam uciekać… Gdybym pomyślała, nie było was tutaj… Ja…
- Nawet tak nie myśl! – przerwał mi Tom – Przecież cię rozumiemy. Wiemy, jak było z twoimi rodzicami.
Spojrzałam w jego kierunku, lecz mój wzrok zamiast na nim, spoczął na błękitnych oczach Loczka.
- Nie zadręczaj się… Każdy reaguje inaczej, a ty od początku nie chciałaś ich znać… - powiedział.
Uśmiechnęłam się. On naprawdę mnie rozumiał.
- Lekarz powiedział, że pojutrze będziesz mogła wrócić do domu – oświadczył Nath zmieniając temat.
- Do domu, czyli do nas – wyszczerzył się Max.
- Nie rozumiem…
- Jay ci wszystko wyjaśni – powiedział Tom – to był jego pomysł.
- My… pójdziemy coś załatwić, prawda chłopaki? – powiedział porozumiewawczo Seev, patrząc na Jay'a.
- Tak, tak – odpowiedzieli chórem i opuścili pomieszczenie, zostawiając mnie sam na sam z Loczkiem.
- Lekarz powiedział, że aby twoja stopa prawidłowo się zrosła, nie powinnaś chodzić przez tydzień.
- Tydzień? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Dlatego chcę, abyś zamieszkała u nas – powiedział stanowczo.
- Nie…  Jay, ja nie… Wiesz jak ja się teraz czuję? Jest mi tak źle… po prostu okropnie! Przez te moją zadrapaną psychikę dzieją się takie rzeczy! A później ktoś musi się mną zajmować…
Chłopak patrzył na mnie, jakby usłyszał coś, co było oczywiste, ale jakoś o tym nie pomyślał.
- Mogłem się domyślić, że tak myślisz… Wiem, że wolisz być w pełni samodzielna, ale w tym wypadku tak się nie da. Potrzebujesz naszej pomocy – powiedział chwytając moją dłoń – Ania… Jesteś dla mnie kimś ważnym i chcę ci pomóc.
Słuchałam go mając w oczach łzy. Wszystkie moje negatywne myśli wyparowały, wszystkie te wątpliwości, po prostu zniknęły. Zrozumiałam, że on ma rację. Potrzebuję go. Potrzebuję ich.
- Przepraszam, ale pacjentka powinna odpoczywać – powiedziała wchodząca do sali pielęgniarka.
- Pani ma rację. Wpadniemy jutro – uśmiechnął się i wyszedł.
Ze smutkiem podążałam za nim wzrokiem. Nie chciałam, by mnie zostawiał. Nie powiedziałam mu wszystkiego… Czułam, że coś jest nie tak. Wtedy na cmentarzu… Uraziłam go odsuwając się…


- Jay, co jest? – zapytał Seev, od godziny analizując każdy mój ruch.
Spojrzałem w przestrzeń za oknem. Padał deszcz. Nic nowego, taka pogoda, to codzienność w Londynie. Ponuro, mokro…
- Jay.
- Hmm, mówiłeś coś?
Mulat spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Pytałem, co cię gryzie.
- Ja… Nie wiem nawet, jak to powiedzieć. Na cmentarzu chciałem ją pocałować. Wiem, że zagalopowałem się w tej sytuacji, ale… ona odsunęła się.
- Jay… Ostatnio w jej życiu wydarzyło się bardzo dużo. Śmiem twierdzić, że aż za dużo. Teraz to przekłada się na jej zachowanie. Daj jej czas.
- Masz rację… Wiedziałem to, ale potrzebowałem usłyszeć to od kogoś – odpowiedziałem po chwili namysłu.
- Wszystko się ułoży. Nie martw się – Seev poklepał mnie po plecach – przestań się już zamartwiać.
Poczułem się lepiej. Siva ma rację. Ania jest wyjątkową dziewczyną, która niestety dopiero teraz otworzyła się na ludzi i po części przeze mnie niezbyt dobrze się to zaczęło. Przysiągłem sobie, że takie coś nigdy więcej się nie powtórzy.


                 Następnego dnia, wcześnie rano przyszła do mnie młoda dziewczyna. Nie wyglądała na pracownika szpitala – była mniej więcej w moim wieku.
- Cześć – uśmiechnęła się – zabieram cię na zmianę opatrunku.
Przetarłam zaspane oczy i lekko się uśmiechnęłam. Niezdarnie się przeciągnęłam, a dziewczyna przyprowadziła wózek. Powoli pomogła mi na nim usiąść i zabrała mnie na dyżurkę. Ustawiła mnie obok półki z różnymi lekami i zaczęła przygotowywać nowy opatrunek. Dopiero teraz miałam okazję, by dokładniej jej się przyjrzeć. Była niewiele niższa ode mnie, miała brązowe włosy spięte w starannie uczesanego koka. Ubrana była w jasne spodnie w moim ulubionym kolorze i ciemnobeżową bluzkę. Na to wszystko założony nieco przyduży biały fartuch. Tylko, co ona tu robi? A szkoła? Ciekawość była silniejsza ode mnie i wreszcie zadałam pytanie:
- Pracujesz tu? – wypaliłam jak z procy i zorientowałam się, że zabrzmiało to, jak pytanie ciekawego świata dziecka.
Dziewczyna spojrzała na mnie nieco zakłopotana, lecz uśmiechnęła się i odpowiedziała.
- Niestety nie. Coś w rodzaju… praktyk. To mój ostatni tydzień.
- Chciałabyś tu pracować?
- Nie wiem, choć medycyna trochę mnie kręci. Bardziej wolałabym być ratownikiem. Może WOPR, może… O, wybacz. Rozgadałam się.
Dziewczyna zarumieniła się i ostrożnie zaczęła zdejmować stary bandaż.
- Nie! Wcale nie – uśmiechnęłam się – Em, jestem Ania – wyciągnęłam rękę.
Praktykantka spojrzała na mnie ciepłym wzrokiem.
- Patrycja – uścisnęła mi dłoń, uprzednio wycierając rękę w fartuch.
Dopiero teraz spostrzegłam przyczepioną plakietkę na lewej kieszonce „Szpital Kliniczny w Londynie. Patrycja Evans. Wolontariat w ramach praktyk.”
- A może TOPR? – dokończyłam przerwaną wcześniej wypowiedź dziewczyny.
- Muszę się jeszcze zastanowić – uśmiechnęła się serdecznie – Masz szczęście. Być najmłodszą siostrą pięciu dorosłych braci – powiedziała ostrożnie odklejając opatrunek.
- Emm. Chciałabym być ich siostrą – Patrycja spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Przeczuwała, że za naszą znajomością kryje się ciekawa historia – Jesteśmy przyjaciółmi. Przebywając z nimi, ani trochę nie odczuwam, że są sławni. Gdy się poznaliśmy, nie… Po prostu, lubię ich.
- Czemu przerwałaś? – zapytała z ledwo wyczuwalnym smutkiem w głosie.
- Nie będę cię zanudzać. Zresztą… pewnie masz dużo pracy, nie chcę cię zatrzymywać.
- Obudziłam cię tak wcześnie, bo byłaś jedyną – jak na razie – przypisaną mi dziś pacjentką – mówiła, misternie bandażując mi stopę – Chciałam, że tak powiem „mieć cię z głowy” i wyskoczyć gdzieś na miasto, ale coś tak czuję, że ta historia będzie dużo ciekawsza od nudnych zakupów – powiedziała posyłając mi szczery uśmiech.
W sekundzie poczułam, że tej oto dziewczynie, którą znam od zaledwie kilkudziesięciu minut mogę zaufać i opowiedzieć o sobie wszystko.
- No dobrze – ucieszyłam się i wróciłyśmy do mojej sali.

__________
Patrycja Evans (18l.) - miła, sympatyczna dziewczyna. Od urodzenia mieszka w Londynie, swoją przyszłość wiąże z medycyną. Odbywając praktyki poznaje główną bohaterkę, z którą - jak się później okaże - połączy ją prawdziwa przyjaźń. Pozytywnie nastawiona do świata, lecz twardo stąpa po ziemi i wie co w życiu jest najważniejsze. Nie kręci ją uganianie się za chłopakami. Tylko raz zaangażowała się poważny związek, lecz stwierdziła, że to beznadziejna sprawa - co wcale nie oznacza, że nie lubi sobie powzdychać do przystojnych aktorów jej ulubionych filmów.
***
Chciałam dodać w sobotę, ale nie wyszło :/ Dziękuję, że czytacie. Dzięki Wam i Waszym wspaniałym komentarzom wiem, że warto to pisać ;).
Alejandra Shadowhunters - nie przepraszaj mnie! Wręcz przeciwnie ;)_ To dobrze, że mnie poganiałaś, bo po części to Twoja zasługa, że się tak zmotywowałam ;* Dziękuję! ;*
Rozdział dla Patrycji ;* Której dziękuję za pomysł ;)
Jeszcze raz dziękuję za to, że po prostu jesteście ;). Czytam wasze blogi, są wspaniałe <3


♥♥♥

sobota, 4 maja 2013

Rozdział 23

6 komentarzy:
- NIE!!! – krzyknęłam zrywając się do pozycji siedzącej.
Wokół mnie ciemność… Jest noc…
- Co się stało? – zapytał Jay zaspanym głosem.
Zaczęłam łapczywie oddychać. Byłam mokra od potu, a po moim czole spływały kropelki cieczy… Dłońmi nerwowo gniotłam kołdrę.
- Ania?
- To sen… Tylko sen…
Chłopak zapalił lampkę stojącą na stoliku przy łóżku.
- Co się stało? – zapytał ponownie łapiąc mnie za ręce – Spójrz na mnie.
Nic do mnie nie docierało. Z moich oczu wypłynęły słone krople. Jay chwycił mój podbródek i spojrzał mi w oczy.
- Spokojnie.
Gdy tylko pomyślałam o tym, że on miałby być moim bratem… Rozpłakałam się i wtuliłam w niego.
- To był tylko sen… Jestem tu, nie płacz. Nic ci nie grozi.
- Śniło mi się…, że moi rodzice mnie odnaleźli…, a ty na ich widok zapytałeś… co tu robią twoi rodzice!
Chłopak mocniej mnie przytulił.
- Nie płacz…
Pod wpływem jego dotyku nieco się uspokoiłam.
- Lepiej? – zapytał, lekko odsuwając mnie od siebie.
Pokiwałam głową.
- Wolisz posiedzieć, czy chcesz iść spać?
- Połóżmy się – wyszeptałam i chłopak zgasił światło.
Nic to nie dało, bo i tak nie mogłam zasnąć. Bałam się, że gdy zamknę oczy, koszmar ponownie mi się przyśni. Wyswobodziłam się z objęć Loczka i po cichu wyszłam na balkon. Moje ciało przeszyła fala chłodnego powietrza. Przejechałam ręką po ramieniu i podeszłam do betonowej barierki. Oparłam się o nią i spojrzałam w rozgwieżdżone niebo. Na myśl o babci moje oczy zaszły mgłą.
Babciu, nie pozwól, żeby mnie odnaleźli… Nie chcę tego… Bez nich jest mi dobrze… Za to ciebie mi tak bardzo brakuje… Nie wiem, co robić. Nie wiem, co będzie dalej… Boję się czekającej mnie przyszłości…
Wspomnienia wszystkich wspólnych chwil spędzonych z najbliższą mi osobą poruszyły moje serce. Do oczu napłynęły łzy, by po chwili przeciąć moje policzki mokrą smugą.
- Co się dzieje? – usłyszałam za sobą głos i natychmiast się obejrzałam.
W drzwiach balkonu stał Jay, którego ciało oświetlał blask księżyca, idealnie zarysowując każde, nawet najmniejsze zagłębienie na jego twarzy. Na ten widok przeszedł mnie dreszcz. Nie chciałam, by zobaczył, że coś mnie gryzie; że nie jest tak, jak być powinno. Odwróciłam się, by uniknąć jego przenikliwe spojrzenie.
- Nic… A co ma się dziać? – odpowiedziałam bez przekonania.
Chłopak podszedł i tak, jak ja oparł się o barierkę.
- Chodzi o sen? – zapytał ze spokojem.
Czemu ja jestem tak przewidywalna? Nie będę go martwić. Nie chcę go martwić!
- Skądże.
- W takim razie, co tu robisz w środku nocy?
- Chciałam… się przewietrzyć… – wciąż nie odwracałam głowy.
Czułam na sobie jego wzrok. O nie. Jeśli popatrzy mi w oczy, będzie wiedział…
- Spójrz na mnie.
Nie odwrócę się. Za nic!
- Jakoś tak… zimno się zrobiło, no nie? Wrócę do łóżka – odpowiedziałam wymijająco i ruszyłam do pokoju, lecz Jay zatrzymał mnie, chwytając w talii. No to koniec…
- Widzę, że coś cię gryzie – powiedział spokojnie.
Spuściłam głowę. Chłopak delikatnie chwycił mój podbródek i uniósł do góry tak, bym wreszcie spojrzała mu w oczy. Jego wzrok analizował każdą zmianę mojej twarzy. Nie mogłam się ruszyć. Do oczu napływały mi łzy, a ja sama robiłam wszystko, by tam pozostały.
- Czemu się boisz… - zapytał.
On już wszystko wie. Nie ma sensu kłamać… Moje oczy zdradziły mu wszystko.
- Ja nie chcę ich znać… Nie chcę, by mnie odnaleźli… Nie chcę, żeby w ogóle mnie szukali! – krzyknęłam, ponownie zanosząc się płaczem.
Jay przytulił mnie mocno.
- Nie myśl o tym. Wiem, że to trudne, ale spróbuj. Zawsze będę po twojej stronie i jeśli nie chcesz, by twoi biologiczni rodzice cię odnaleźli, nie dopuszczę do tego.
Pod wpływem tych słów uspokoiłam się. Serce zwolniło tempo pompowanej krwi, a oddech powrócił do normalnej częstotliwości.
- Dziękuję – wyszeptałam.
Chłopak uśmiechnął się ciepło i wróciliśmy do pokoju. Położyłam się, a Jay przysunął mnie do siebie. Czułam bicie jego serca. Było ono niczym kołysanka, dzięki której spokojnie mogłam zasnąć.


                  Gdy się obudziłam, wspomnienia z wczorajszej nocy powróciły i ponownie ogarnął mnie strach. Przetarłam oczy i zauważyłam, że nie ma obok mnie Jay’a. Lekko zaniepokojona wygramoliłam się z łóżka i założywszy puchate pantofle zeszłam na parter. Niepewnie uchyliłam drzwi kuchni i zobaczyłam Loczka przygotowującego śniadanie. Uśmiechnęłam się do siebie i usiadłam przy stole.
- Już nie śpisz? – zapytał odwracając się.
- Już nie – odpowiedziałam wpatrując się w przestrzeń za oknem.
- Nadal o nich myślisz? – zapytał przysuwając mi talerz z omletem.
Spojrzałam na danie. Właśnie otwierałam usta, by coś powiedzieć, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Podniosłam wzrok na chłopaka i z niepokojem wyszłam z kuchni. Biorąc głęboki wdech chwyciłam klamkę i gdy otworzyłam drzwi, zamarłam. Moje serce zaczęło walić, jak oszalałe, a w głowie powoli rodził się plan ucieczki.
- Dzień dobry. Czy mieszka tu pani Anna Blake? – usłyszałam głos kobiety.
Stojący obok niej mężczyzna uśmiechał się dziwnie. Cofnęłam się. To nie może być prawda. Ten koszmar… to tylko sen. A to teraz… Oni nie mieli prawa mnie znaleźć.
Do holu wszedł zdezorientowany Jay. Tak, jak we śnie… Nie… Tylko nie… On nie jest ich synem!! Oni nie są moimi rodzicami!!
- Ania, co się…
- To nie dzieje się naprawdę… - powiedziałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w dwójkę obcych mi osób.
Loczek również spojrzał w ich stronę, a po chwili jego wzrok ponownie spoczął na mnie.
- Ania, spokojnie. To na pewno nie są…
- Nie!! – krzyknęłam cofając się i tylnymi drzwiami wybiegłam z domu.
Przeskoczyłam płot raniąc się w lewą stopę, lecz nawet to nie było w stanie mnie zatrzymać. Wybiegłam na chodnik i co sił w nogach uciekałam, by znaleźć się jak najdalej od nich. Mijałam zdziwionych przechodniów, nie zważając na to, jak wyglądam, ani na ostre kamienie, które z łatwością przecinały skórę moich stóp. Gdy dotarłam w najbardziej spokojne miejsce, otarłam łzy i usiadłam na znanej mi ławce pod potężnym drzewem.


- Seev potrzebuję pomocy – powiedziałem zdenerwowany trzymając w ręku komórkę.
- Co się sta…
- Gdzie Ania najczęściej przebywa? Gdzie…
- Człowieku, o co ci chodzi?!
- Gdzie mogłaby uciec?!
- Uciec?!
- Seev skup się!
- Jak mam ci pomóc, gdy nie mam zielonego pojęcia o co ci chodzi!!
- Uh… Zjawili się dzisiaj jacyś ludzie… prawdopodobnie są to rodzice Ani. Dobrze wiesz, że ona nie chce ich znać i gdy oni o nią zapytali uciekła. Próbowałem ją zat…
- Mogła pobiec do parku!
- Za dużo ludzi się tam kręci. Jeśli coś jej się stało? To moja wina! Czemu nie mogę nic zrobić?!
- Jay! Uspokój się! Pomyślmy jak ona, spróbujmy się postawić w jej sytuacji. Uh… Na jej miejscu chciałbym być teraz sam.
- Cmentarz! Seev, jesteś wielki.
- Emm…, nieważne. Ja pojadę do parku, by upewnić się, że jej tam nie ma, a ty jedź na cmentarz. Dołączę do ciebie później.
Rozłączyłem się i szybko wsiadłem do samochodu. Nie mogłem pozwolić, by stało jej się coś złego. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył.


                 Wiatr delikatnie poruszał zielonymi liśćmi, które wydawały przy tym miły, delikatny szum. Lecz ten sam powiew chłodnego powierza bawił się moimi włosami, przyprawiając mnie o dreszcze. Podciągnęłam kolana pod brodę i wykrzywiłam się z zimna. Uciekłam. Po raz kolejny uciekłam od problemu. Czy tylko to potrafię robić? Jestem żałosna.
„I co dalej? Będziesz tu tak siedzieć?”
W tym momencie byłam jednym wielkim paradoksem. Mimo, iż nie mogłam tu tak siedzieć w nieskończoność, chciałam to robić. Zapomnieć o wszystkim, nie martwić się niczym… Brakuje mi tych rozmów, przekonywania się i ciepłego uśmiechu… Babciu potrzebuję cię…
Ponownie przeszły mnie ciarki. Ktoś mnie obserwował. Spojrzałam w prawo i ujrzałam chłopaka, na którego twarzy malowała się ulga. Odwróciłam wzrok, a po policzkach spłynęły mi łzy. Czemu zachowuję się jak pięcioletnie dziecko, za którym każdy musi biegać? Które trzeba pilnować na każdym kroku? Jeszcze nigdy nie czułam się tak okropnie.
Po chwili usłyszałam powolne stąpanie po alejce cmentarza. Chłopak usiadł obok mnie.
- Ania… - odezwał się.
- Nie chcę ich znać.
- I ja do tego nie dopuszczę… Chodź. Wrócimy do domu.
Spojrzałam na niego ze strachem.
- Nie ma ich tam – odpowiedział stanowczo.
Mój wzrok utkwił na jego obłędnie błękitnych tęczówkach i nagle wszystkie troski zmalały.
- Czy to krew? – zapytał z niedowierzaniem, przyglądając się bordowym plamom na kostce brukowej.
Dopiero teraz poczułam przeraźliwy ból emanujący z moich stóp. Zmrużyłam oczy, a po moim policzku spłynęła łza cierpienia.
- Ania, wszystko w porządku?
- Tak – odpowiedziałam wymijająco.
- Skaleczyłaś się. Pokaż, trzeba to opatrzyć.
- Nie! Nic mi nie jest.
- Czyżby? – uniósł prawą brew – W takim razie chodźmy.
Nie chciałam, by zorientował się, że przez moje idiotyczne zachowanie coś sobie zrobiłam. Czułam się już wystarczająco głupio. Zawahałam się i gestem ręki wskazałam, by szedł pierwszy.
- O nie – uśmiechnął się zadziornie – Panie przodem – powiedział robiąc mi przejście.
Dam radę. Muszę. Nie chcę wyjść przed nim na osiemnastolatkę z rozumiem pięciolatki. To nie daleko. Przejdę te kilkadziesiąt metrów i pokażę mu, że nic mi się nie stało. Przecież to nie może być aż tak bolesne.
Wzięłam głęboki wdech i podniosłam się. Czułam, jak coś przesuwa się pod moją stopą. Zagryzłam wargi i zrobiłam krok, lecz nie tą nogą, co trzeba. Przenosząc cały ciężar ciała na lewą stopę, pozwoliłam, by ostry kamień wbił się głębiej i przeciął wszystkie naczynia, jakie napotkał na swej drodze. Zmarszczyłam brwi i natychmiast cofnęłam nogę, tym samym tracąc równowagę. Wiedziałam, że skończy się to upadkiem, lecz Jay złapał mnie w odpowiednim momencie. Przytkałam ręką usta, by przypadkiem nie wybuchnąć płaczem.
- Czy teraz pozwolisz mi zobaczyć ranę? – zapytał.

 __________
Kolejny rozdział :). Mam wrażenie, że robią się ona coraz bardziej nudne ;/. Może mi się wydaje :). Dziękuję za cierpliwość :* Spinam się ostatnio i postanowiłam starać się bardziej niż wcześniej systematycznie dodawać rozdziały ^^. Rozdział dedykuję:
Alejandra Shadowhunters
oraz anonimowej osobie :) Dziękuję Wam dziewczyny ^^ Dziękuję wszystkim czytaczom :* Mam nadzieję, że was nie zanudziłam tak bardzo ;) Do następnego <3
Tym razem Nath *o*


♥♥♥
Neva Bajkowe Szablony